izu blog

Twój nowy blog

Uwielbiam serwisy społecznościowe. Facebook, Blip, Twitter –
uważam je za wspaniałe wynalazki. Nie powiem, żeby zalogowanie się do „Fejsa”
było pierwszą rzeczą, jaką robię po przebudzeniu, ale nie ulega wątpliwości, że
znajduje się ono gdzieś  w moim porannym
„Top 10”.

Dzięki takim platformom mogę mieć stały kontakt z ludźmi,
mam lepsze pojęcie o tym, co się dzieje w  życiu moich bliskich, niż gdyby wszystkich
tych narzędzi nie było. Tak, to prawda – ze znajomymi, którzy ich nie używają
mam słabszy kontakt, ale nazwałabym go „normalnym” – takim, jaki był zanim
zgromadziłam pokaźną liczbę znajomych na mojej Tablicy.

W każdej chwili – przerwie w pracy, oczekiwaniu na tramwaj,
na nudnym wykładzie mogę zerknąć i zobaczyć  kto co napisał, jak skomentował któryś z moich
postów, gdzie jest i co robi. W tej samej chwili mogę „polubić” nowy związek
kolegi, wyrazić współczucie koleżance z grypą, dowiedzieć się co u moich
podopiecznych dzieci, albo zobaczyć zdjęcia z wakacji znajomych. Świetne, bo nie
zawsze przecież mogę z każdym się spotkać, nie mogę do każdego zadzwonić
codziennie.

Wiem, że ten system ma wady. Wiem, że kliknięcie w „Like it!”
nie zastąpi przyjacielowi spotkania, na którym opowie o swojej nowej
dziewczynie, komentarz nie przekaże koleżance lekarstw z apteki, ani nie
zastąpi prawdziwej bliskości. Wiem, że to „pożeracz czasu” i narzędzie do
wyciągania informacji o preferencjach konsumenckich. Nie raz zmarnowałam wiele
godzin na „Bouncing Balls”, a „Parking Mania” nie zrobiła ze mnie lepszego
kierowcy, wbrew temu co wmawiałam sobie celując wirtualnymi kołami w kolejne
miejsca parkingowe. Nie wszystkie proponowane na platformie rozrywki są na wysokim
poziomie i wiem, że codzienne hasła serwowane przez „Bydle” nie są prawdami objawionymi,
a jedynie frazami zestawionymi tak, aby każdy dopasował coś dla siebie. Mimo
tego wszystkiego pojawienie się „Fejsbuka” w moim życiu oceniam zdecydowanie
„na plus”.

Ale tym razem to jednak niestety przegięli. Po kolei.

Rok temu akcja „wpisz w swój status na FB kolor stanika, który
masz na sobie, prześlij to do wszystkich dziewczyn, które masz w liście
kontaktów, ale nie zdradź żadnemu z facetów co ten status oznacza – niech zachodzą
w głowę o czym piszemy!”. Wszystko ponoć w ramach „uświadomienia o zagrożeniu
wystąpienia raka piersi”.

Bardzo dziękuję, jestem świadoma. I sądzę, że w grupie
użytkowniczek Facebooka problem nieświadomości jest marginalny. Nie rozumiem
natomiast co owe tajemnicze hasła miały zmienić w społecznej wiedzy? Takie,
przepraszam, memento mori?
Zrozumiałabym jeszcze gdyby załączono instrukcję badania piersi, link do strony
którejkolwiek organizacji zajmującej się profilaktyką tej choroby, czy listę
placówek, gdzie można wykonać bezpłatną mammografię. Nie wiem, czy któryś z
panów zaprzątał sobie głowę choć przez chwilę tym, aby zgadnąć, czemuż
koleżanka właśnie napisała „fioletowy” w swym profilu; zastanawia mnie też
dlaczego mężczyzn mamy omijać w owym przypominaniu i uświadamianiu? Bo co? Bo
to takie okropne – nie wtajemniczajmy ich? Bo ich nie dotyczy? Ależ dotyczy
życia i zdrowia ich żon, dziewczyn, przyjaciółek, matek, sióstr, kochanek, a
więc i ich samych!

No i teraz kwintesencja. Tegoroczne akcja – aż zacytuję:

„UWAGA!!!
Gramy w grę. Ktoś zaproponował, abyśmy my, wszystkie dziewczyny na facebooku
zrobiły coś wyjątkowego aby uświadomić kobiety o zagrożeniu wystąpienia raka
piersi (akcja pt. (eng.) Breast Cancer Awareness). Gra jest łatwa i chciałabym,
abyś do nas dołączyła i pomogła nam to rozprzestrzenić. W zeszłym roku chodziło
o wpisanie koloru stanika, jaki zazwyczaj nosisz w swój status na Facebooku i
zostawienie wszystkich mężczyzn w zastanowieniu dlaczego wszystkie dziewczyny
mają w swoim statusie kolor. W tym roku ma być to status twojego związku lub
oświadczenie o stanie wolnym, oczywiście wszystko zakodowane.

Pamiętaj, nie odpowiadaj na tą wiadomość, tylko ustaw w profilu jeden z
poniższych kodów, następnie skopiuj tą wiadomość w całości i wyślij jako nową
do wszystkich swoich znajomych płci żeńskiej.

Tequila: jestem singlem
Jack Daniels: to skomplikowane
Rum: wolę kobiety
Champagne: zaręczona
Red Bull: w związku
Beer: w związku małżeńskim
Vodka: jestem tą „drugą”
Sprite: nie mogę znaleźć tego właściwego
Liquor: chciałabym być singlem
Gin: chcę wyjść za mąż

Ręce mi opadły. Dwa dni unikałam FB, aby się nie denerwować. I nadal zupełnie nie rozumiem.  Jak dla mnie
jest w tym zero schematu, zero jakiegokolwiek sensu. Jeszcze mogę przyjąć skojarzenie kolor stanika -> piersi -> rak piersi… No dobrze,
niech będzie, ale RODZAJE ALKOHOLU?! Czy komuś się przypadkiem nie pomyliło z
akcją uświadamiania o zagrożeniu alkoholizmem?

Współczuję zatem serdecznie koleżance, która wpisała słówko „niestety”
pod swoim opisem „beer” oznaczającym, że jest zamężna. Dowiedziałam się, że
koleżanka jest „vodką”, a więc „tą drugą”, oraz że inna koleżanka lubi ten stan
rzeczy. Kilka znajomych dostało kolejne gratulacje swego statusu „chapagne”,
czyli „zaręczona”, nie zdziwiło mnie, że kilka kolejnych dziewcząt
zadeklarowało chęć zamążpójścia („gin”). Oczywiście większość tych danych jest już
dostępna w ich profilach (może poza oznajmianiem swego statusu kochanki).

I teraz pytanie do wszystkich pań, które w zabawie wzięły
udział: czy którąkolwiek skłoniło to do zapisania się do lekarza, samodzielnego
zbadania piersi, czy rozmowy na ten temat z mamą, siostrą, córką, czy
przyjaciółką? Pytanie do twórcy/twórczyni zabawy – jakie skojarzenia naprowadziły
go/ją na pomysł stworzenia tego potwora? Mgliście przypominają mi się przesyłane
tradycyjną metodą listy z dzieciństwa z ostrzeżeniami „Pani Smith zignorowała
list i dwa dni później wpadła pod tramwaj; pan Kowalski początkowo zignorował
przesyłkę i stracił dom w pożarze, ale po wysłaniu wygrał miliard o Totolotka” –
czy tędy droga?

I na koniec, aby ten post nie pozostał jedynie wyrazem mojej
frustracji: 
http://www.biust.pl/rak_piersi/jak_sie_badac_samobadanie.htm#8

– sądzę, że to badanie trwa tyle, co rozesłanie łańcuszka koleżankom, a  gdyby komuś wspomnienie tych wszystkich
rodzajów alkoholu zwróciło uwagę, że nie radzi sobie z pewnymi aspektami
swojego życia, to proponuję to:
http://zdrowezycie.rudaslaska.w.interia.pl/test.html

.

Spokojnie, Kochani, jesteście bezpieczni. Jeśli jest jakaś odgórna pula nieszczęśliwych przypadków na daną grupę społeczną, to mogę Wam zaręczyć, że już ją W PEŁNI wykorzystałam i Wam, w związku z tym, nic nie grozi.
A zaczęło się tak: 10.26 – budzi mnie COŚ. „Telefon… Dzwoni…” stwierdzam i spoglądam zaspanymi oczami na wyświetlacz. A, wszystko jasne, pani z salonu kosmetycznego upewnia się, czy nie zapomniałam o dzisiejszym manikiurze, zaplanowanym na 14ą. Odbieram, chcąc sennie wymamrotać, że ‚tak, tak, będę’ i na powrót paść w objęcia Morfeusza, ale pani nie pozwala mi, wyłuszczając skomplikowaną i złożoną sytuację, w wyniku której dobrze byłoby, gdybym z owymi paznokciami, zjawiła się JAK NAJSZYBCIEJ.Wszystko oczywiście niezwykle uprzejmie i w formie pytającej, ale gdzieś w domyśle pojawia się ‚bo jak teraz nie, to później nie wiadomo…’. Rada, nierada, zwlekam się z łóżka, ogarniam w stopniu pozwalającym na interakcje międzyludzkie i udaję się ‚w_kierunku’, wychodząc z założenia, że czas na rewanż za te wszystkie razy, kiedy przymykali oko na moje spóźnienia, nieplanowane przybycia („bo dziś impreza a mi sie tu złamało, aaaaa!!!”) i inne wybryki.
Przezornie zakładam bezrękawnik (mimo, że zimno, to jadę przecież autem, a taki strój minimalizuje ryzyko popsucia świeżego lakieru przy ubieraniu się), oraz zakładam moje RURZOWE tenisówki, bo w nich tak wygodnie się prowadzi…
Na miejsce docieram z jedną, małą pomyłką drogową, okazuje się, że nawet opóźnienia nie mają, a wręcz czekają na mnie, więc wszystko jest DOBRZE.
Coś zaczyna się nie zgadzać, gdy konstatuję, że na fotelu owego salonu kosmetycznego spędzam TRZECIĄ godzinę… Pani wydaje się być nieco nieumiejętna w swoim fachu, no ale każdy się kiedyś uczy, więc gawędzę sobie z nią miło, aż do czasu, gdy popełnia już jakiś POWAŻNY błąd w sztuce pielęgnacji paznoci, w wyniku którego wiję się w konwulsjach na fotelu i stole (dolna część na fotelu, górna na stole), nie mogąc opanować miotania bluzgów, a wręcz mając podejrzenia, że nigdy wcześniej nie czułam tak POTWORNEGO, a tym gorzej, że NIESPODZIEWANEGO bólu…
Pani sprawdza moc lampy do utwardzania lakieru, pod które włożyła moje łapy, wszelkie użyte płyny, czy oby jej się nie pomyliły, ale wszystko wydaje się być w porządku, a ludzie wokoło patrzą na mnie podejrzliwie, więc kontynuujemy zabiegi. Incydent uznałabym za niebyły, gdyby nie powtórzył się jeszcze CZTERY razy… Nie wiem, co było nie tak, ale mogę przysiąc, że NIE BYŁAM w stanie wytrzymać tego spokojnie, a ze studia, mimo że z ‚paznokciami jak laleczka’, jak to mówi moja koleżanka, wyszłam blada, spocona i słaniając się na nogach.
Kolejnym miłym zaskoczeniem było 15 centymetrów śniegu i konieczność (z tymi niewyschnietymi paznokciami), odśnieżenia auta. Of kors najpierw upieprzyłam sobie tapicerkę, następnie rozmazałam lakier, a potem przystąpiłam do procedury odśnieżania. Po chwili byłam jednakże TAK KOSZMARNIE zmarznięta (RURZOWE tenisówki oczywiście mokre kompletnie), że postanowiłam zaprzestać tej czynności i bez względu na okoliczności udać się do domu, do którego z resztą bylam już spóźniona na obiad, a być może należałoby powiedzieć śniadanie, jako że był to pierwszy mój posiłek tego dnia. Pojechałam – bez zapiętych pasów (żeby już więcej elementów samochodu nie naznaczyć czerwonym lakierem), nie widząc nic w prawym, nieodśnieżonym lusterku, oraz starając się nie dotykać kierownicy (sic!) z przytoczonych już powodów.
Wróciłam do domu, gdzie niestety parujący obiad nie czekał na mnie na stole, natomiast czekali już umówieni znajomi w kawiarni w Centrum, więc miast rozkoszować się posiłkiem, pojechałam załatwiać Ważne_Sprawy. Pojechałam oczywiście w bezrękawniku i w, kompletnie mokrych już, RURZOWYCH tenisówkach, bo nie wiem jak Wy, ale ja nie umiem wciągnąć na nogi ciasnych kozaczków, mając na paznokciach mokry lakier. Po drodze jeszcze okazuje się, że tymczasowo skasowano mi przystanek pod domem, więc muszę zasuwać na piechotę do metra, a jest naprawdę ZIMNO, szczególnie w dłonie, na które nie można założyć rękawiczek.
Jadę, a następnie czekam na spóźnioną znajomą 20 minut.
Wypijamy kawę, omawiamy Ważne_Rzeczy, co zajmuje oczywiście o połowę czasu więcej, niż planowałam, więc gdy wracam na obiad, okazuje się, że będę go spożywać sama, gdyż Najlepszy_z_Ojców, bliski padnięcia z głodu, postanowił na mnie nie czekać.
Zjadam i pozostaje mi piętnaście minut wolnego czasu, który postanawiam spożytkować na odstresowanie się w samotności.
Dzwoni B. i pyta, czy może przyjść o 15 minut wcześniej, bo tak mu wyszło… Tyle, jeśli chodzi o samotny wypoczynek.
Ale nic, jedziemy na basen, wszystko będzie przecież dobrze.
Wchodzimy, zaczynamy się rozbierać, gdy orientuję się, że… nie zabrałam kostiumu i czepka! …sunday, bloody sunday…
I pojechałabym nawet do domu, wzięła rzeczy i wróciła szybko, ale of kors NIE WZIĘŁAM PORTFELA, a więc i dokumentów, a więc i prawa jazdy, a przy tej dozie szczęścia na pewno drogówka czekałaby na mnie za pierwszym zakrętem.
Wracam więc niespiesznie, ukochaną komunikacją miejską, po drogach, na których zima, jak zawsze zaskoczyła drogowców i solennie postanawiam sobie nie wychylić nosa za próg aż do dnia jutrzejszego, w obawie, że stanie się jeszcze coś gorszego.


Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych mój punkt widzenia może być nie do pojęcia, mogę zostać oskarżona o brak serca, brak człowieczeństwa, okrucieństwo, no i nie wiem co tam jeszcze. Niemniej fakty są takie: mam kota, a chciałabym, żeby go w moim życiu (a przynajmniej domu) nie było! Doświadczenia z posiadania zwierzaka w domu powodują, że jestem bardzo głęboko przekonana, że już nigdy w ŻADNYM moim domu ŻADNYCH zwierząt NIE BĘDZIE! Natomiast na znajomych, którzy dobrowolnie podejmują się hodowania zwierzęcia w domu zawsze będę patrzeć, jakby byli zgoła wariatami.
Na początek może trochę historii: kot pojawił się w naszym domu, a właściwie piwnicy. Porzucony przez matkę, został przygarnięty przez moją rodzinę (w tym dziesięcioletnią mnie), wykarmiony butelką i pozostawiony jako zwierzątko domowe. Od początku nie było dobrze-kot był dziki, niechętny do zabaw, oraz ludzi, za to chętny do uciekania z domu, załatwiania się gdzie popadnie (tak, blaty kuchenne wchodzą w zakres wyrażenia ‚gdzie popadnie’…), oraz niszczenia przedmiotów. Z biegiem lat, oraz po sterylizacji (bo właściwie jest to kotka) złagodniała nieco, przyswoiła sobie podstawowe zasady zwierzęcej higieny oraz zyskała status ‚kota wychodzącego’, co rozwiązało przynajmniej problem ucieczek. Kilka lat był spokój, po czym zaczęło się na nowo. [uprzedzam pytanie-problem nie powrócił w wyniku jakiś rewolucyjnych zmian w domu, chyba, że tak wielkim wydarzeniem było dla kota uzyskanie przeze mnie tytułu magistra...]
Obecnie kotka kompletnie ignoruje kuwetę, zaś załatwia się w miejscach bynajmniej do tego nieprzystosowanych. Wybiera je nader konsekwentnie i jest tym wyborom wierna. Przestawienie kuwety (również w miejsca ‚wybierane’ przez kotkę) nic nie daje, zmiana typu kuwety też nie, zmiana żwirku również nie, kary, nagrody, odstraszacze, zachęcacze, próby pilnowania, wypuszczanie na zewnątrz…
Wypróbowałam już chyba wszystkie możliwe metody, aby problem rozwiązać. W życiu kota nie było ‚traumatycznych doświadczeń’, o których można przeczytać w internecie (typu pojawienie się nowego kota, lub dziecka, przeprowadzka, zmiana pożywienia) nie żyje w stresie, nie jest bity, nie jest chory…
Myślałam oczywiście o pójściu do weterynarza, jednak z relacji znajomych wiem, że w tego typu sytuacjach zaczyna się od badania kota, w celu wykluczenia przyczyn medycznych takiego stanu. A ja zwyczajnie WIEM, że NIE JEST to przyczyna medyczna. Ten kot nie jest chory, nie wygląda źle, powiedziałabym nawet, że wygląda dobrze. Jest zdrowy, pełen życia i werwy. Nie załatwia się niekontrolowanie i przypadkowo-robi to konsekwentnie, i w skrupulatnie wybranych, według tylko sobie znanych kryteriów, miejscach.
A ja zwyczajnie nie zamierzam tolerować, że to miejsce znajduje się pod łóżkiem głównej sypialni tego domu! Nie zamierzam również przemeblowywać mieszkania, ani wykładać sobie podłóg tekturą, jak radzą uczestnicy forów internetowych poświęconych zwierzętom.
Nie poczuwam się do tego, żebym musiała ponosić takie koszty, zważywszy że decyzja o posiadaniu zwierzaka nie była moja, został mi on zaś jako wynik skomplikowanych relacji panujących w mojej rodzinie.
Psycholog zwierzęcy z powodów prozaicznych odpada-jeśli będę miała wolne 500 zł chętniej udam się do specjalistów w celu pracy nad swoim WŁASNYM charakterem, lub… wymienię sobie przesiąknięty amoniakiem parkiet w mieszkaniu.
Oddać go komuś (z przytoczonych już powodów rodzinnych) nie mogę-zostałabym prawdopodobnie wydziedziczona przez własną matkę, poza tym nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek podjął się wzięcia na siebie takiego problemu; schronisko jest dla zwierzęcia gorsze już chyba od uśpienia…
I tak rozmyślam sobie, przeglądając kolejne sklepy zoologiczne on-line i wpisując w wyszukiwarkę „neutralizator zapachów zwierzęcych”, niechętnie myśląc o tym, żeby wstać i nakarmić tę miauczącą gębę, za który to czyn pozostanie mi, zamiast wdzięczności, tylko kolejna porcja sprzątania…
Any ideas?

Tłumaczyć się nikomu nie muszę, to
i nie będę :)

Mój blog, se go mogę pisać, albo nie
pisać!

A teraz napiszę.

Napiszę, jak zakupy
dziś pojechałam robić…

No to tak. Z pracy wyszłam
nadspodziewanie wcześnie-jakoś koło 20, a sądziłam, że
posiedzę tam przynajmniej do 22.00. Wróciłam do domu.
Najlepszy_z_Ojców wieszał mi półki w Nowej_Łazience.
Popatrzyłam, popatrzyłam, usiadłam do fejsbuka, przejrzałam,
znudziłam się.

Przypomniało mi się, że moje
ukochane praskie buty rozpadły się właśnie praktycznie na
kawałki, oraz, że pragnęłam ostatnio posiąść nowe spodnie.
Zastanowiłam się chwilę, pomyślałam ‚pojadę, kupię sobie’. Potem pomyślałam, że samochód bez przeglądu, to może nim nie
będę jechać. Poszłam do tramwaju. W międzyczasie skonstatowałam,
że choć wybieram się do tramwaju, to ubrałam się, jakbym jechała
samochodem. Czyli, że mi zimno. Ale luz. Idę dalej. Nagle
przypomniałam sobie, że ostatnio nosiłam wszystkie(!) karty
płatnicze i kredytowe w kieszeni narciarskich spodni, toteż że nie
ma ich w portfelu, bo leżą na brzegu pralki (wyjęłam szykując
spodnie do prania, ale do portfela włożyć, to już nie…). Luz,
pomyślałam-pójdę do oddziału banku i wypłacę gotówkę. Chwilę
później przypomniało mi się, że dowód jest razem z kartami na
pralce, więc bez niego w banku nie nie wypłacę… No ale nie szkodzi-niewielka ilość gotówki w portfelu
powinna dać radę… Wsiadłam do tramwaju, chciałam
napisać smsa-wyjmuję telefon i okazuje się, że się wyładował.
Nieważne-powtarzam sobie-za godzinę będę przecież w domu… i
wyjmuję empetrójkę, coby sobie jakąś odprężającą muzykę
włączyć. Empetrójka wyładowana. No comments.

Wchodzę do molocha, oglądam
trzydzieści par spodni i dwajścia par butów. Buty brzydkie, spodni
mi się nie chce przymierzać. Robi się dziesiąta, wyrzucają mnie
z Camaieu…

Wracam autobusem, który KIEDYŚ jechał
do mojego domu. Kiedyś. Teraz już nie jedzie. Zasuwam i marznę.
Widzę sklep ‚Stacja Mokotów’-najdłużej czynny w promieniu
mniejszym, niż kilometr od mojego domu, to postanawiam na tę
okoliczność zakupić piwo, wino, lub co ino, no bo to już przecież
nie można wytrzymać tego wszystkiego.

Wchodzę, ucinamy z panem sprzedawcą
miłą pogawędkę, ja wspominam coś o czeskim piwie, a ten zza lady
wyjmuje mego ukochanego Kozla i pyta „o tym pani mów?” Ja
już-portfel w dłoni, język na wierzchu, gotowa wykupić każdą
ilość!!! A pan na to „a nieee, to nie do sprzedażyyy… to znajomy
mi z nart przywiózł jedno”.

Rozmowę kończę w trybie
natychmiastowym.

Idę do domu.

Idę spać, bo boję się, co się
jeszcze dziś może nie udać :]

Na kartę kredytową zdecydowałam się nieco w pośpiechu i nieco pod presją zmniejszającego się z każdym dniem budżetu mojego i A.
Operacja była prosta – 3 kroki: limit, rodzaj karty i sposób odbioru. Wszystko wstukałam, zadowolona z siebie wyłączyłam i pobiegłam do kina.
Kilka dni później, za namową A., coby się zainteresować tematem, udałam się do oddziału banku po odbiór rzeczonej karty.
Nawet się udało – kartę przyznano, jest, odebrać można.
Pani podaje mi kopertę, prosi o wyjęcie i popisanie karty. Super. Wyciągam.
I coś jest nie tak.
Jeszcze nie wiem co. Przyglądam się, przywołuję w wyobraźni inne, widziane wcześniej karty kredytowe i bawię się w ‚znajdź pięć szczegółów’.
I nagle jest! Już wiem! Te cyferki… Jakieś takie… płaskie! Zapytuję Panią i (o zgrozo!), otrzymuję odpowiedź.
Nie pytajcie jak, po co i dlaczego zamówiłam sobie (nie wiedząc oczywiście, że wybieram ten model) JEDYNĄ, dostępną w moim banku kartę kredytową BEZ możliwości dokonywania transakcji internetowych…
Czytaj: NIE zarezerwuję nią biletu na samolot, NIE wypożyczę samochodu, NIE kupię nic przez internet.
„Popisałaś się, Wawrzyniak” skwitował mój serdeczny przyjaciel.
Tja, popisałam się.
Żeby coś na to poradzić trzeba zamknąć kartę, przejść całą procedurę ponownie i jeszcze nie wiadomo czy drugą dadzą… :-/

Jest taka dobra instytucja. Nazywa się Sąsiad.
Sąsiad jest dobry, bo jests sąsiadem i jest blisko.
Do sąsiada nie trzeba się szczególnie umawiać, bo jak jest w domu, to chętnie zaprosi.
Do sąsiada ciężko się spóźnić, nie trzeba mieć biletu na metro, tramwaj, ani autobus, bo sąsiad jest nieopodal.
Wieczorem nie trzeba też wydawać pieniędzy na taksówkę, aby wrócić od sąsiada, choćby w najgorszym stanie.
Sąsiad zna bolączki dzielnicy i cierpi na równi, gdyż wie, że w okolicy nie ma sklepu nocnego w promieniu 5-u kilometrów.
Jak się u sąsiada coś zostawi, to można łatwo odebrać.
A jak się ma fajnego sąsiada, to już w ogóle jest najlepiej.
Można na przykład umówić się na gotowanie wspólne.
Na gotowanie w woku na przykład można.
W ogóle każdemu polecam.

a gdyby tak…

1 komentarz

… to wszystko serdecznie pierdolić?

Jakby tak mieć w dupie przysługi, zobowiązania, konwenanse i normy? Sprzątanie, kupowanie i samochodów naprawianie?
I powiedzieć wszystkim, że jest mi bardzo wszystko jedno…?

I tak na temat:

Oh thunder in my heart
These razors cutting sharp
And leaves me with an ever bleeding scar
So soft, so suddenly
So that I can not breathe
I’m drawn into a circle painted black
Oh I’m hanging high
Oh won’t you let me down
Back where I started at
You know I’m a little lost
And when it hurts the most
I’ll push a little more
I’m back where I started at
You know I’m a little lost.

Lykee Li.

Taki wiecie – kryzys trzeciego miesiąca związku – już nie sądzisz, że ‚tak słodko się śmieje’, tylko ‚czy ona nie może być przez chwilę poważna?!’; już nie ‚och, jakie ma śliczne ubranka…’, tylko ‚dlaczego ciągle rozpierdziela te swoje ciuchy na około???’
Poza tym totalna niemoc – A. spała dziś do 15ej, ja z kolei w dzień od 16ej do 20ej. Sądziłyśmy, że dzień już stracony.
W ostatniej chwili postanowiłyśmy podjąć akcję reanimacyjną – zamówiłyśmy kartę kredytową przez internet, aby uporać się z nadmiernymi wydatkami, pojechałyśmy do kina, łapiąc po drodze zestawy z Mc. i choć ciężko mi samej w to uwierzyć – zachwyciłyśmy się dziko musicalem ‚Mamma Mia’. Nie jest to oczywiście szczególnie ambitne kino, ale za to film, który gwarantuje poprawę humoru, piękne widoki greckich wysp, no i jeśli ktoś lubi, to można popłakać przy co bardziej wzruszających scenach.
A Pierce Brosnan jest FAN-TA-STY-CZNY, boski, obłędny! I jeszcze ten drugi, młodszy taki. Tylko nazwiska nie pamiętam.

A ja odkryłam dziś, że te napisy w kinach, to nie są takie niewyraźne i jakieś nieostre, jak zawsze sądziłam, tylko mój astygmatyzm jest trochę zbyt zaawansowany.
W ogóle bogactwo szczegółów, które zauważam, dzięki zakupionym okularom, jakoś mnie miażdży dobitnie.
Wszystko stało się takie… wyraźne!

No i oczywiście teraz będziemy słuchać Abby :]

Bolało…

6 komentarzy

Mam 23 lata i w sumie nigdy nie sądziłam, że będę tym zainteresowana.
Zawsze uważałam, że życie ma dostatecznie szeroki wahlarz atrakcji, żebym obeszła się bez tej jednej.
Kiedyś, raz, próbował mnie namówić kolega, niby się zgodziłam, ale to w sumie był daleki znajomy i w końcu nic z tego nie wyszło.
I to po prostu nagle przyszło. Bez konkretnego powodu, ani inspiracji. Może trochę z nudów.

Mój facet zdziwił się i powiedział, że nie sądził, że kiedykolwiek coś takiego ode mnie usłyszy.
Przyjaciółki też były przerażone. L. uważa chyba, że to w ogóle jest szkodliwe dla zdrowia, A. wspominała w sumie, że kiedyś chciałaby spróbować, ale też nigdy się nie odważyła.
Ale ja tak.
Miałam taką chwilę wątpliwości, tuż przed „godziną zero”. Pomyślałam, że może powinnam jakoś się przygotować, może poczytać chociaż, albo pogadać z kimś bardziej doświadczonym… Ale co tam, raz przysłowiowej kozie śmierć, pomyślałam.

No więc, muszę przyznać, że to jest zupełnie inne uczucie, niż sądziłam.
Na początku fajnie, wręcz euforycznie. Ale tylko przez chwilę niestety.
Ważny jest rytm i jakaś regularność – z muzyki jak zwykle najlepiej sprawdza się ‚Interia Creeps’ Massive Attack’u, z tym swoim transowym rytmem… Może też być The Dresden Dolls, albo O.N.A.
No ale w końcu pojawia się ból. Oddech staje się krótszy i płytszy. Cały świat wiruje przed oczami.
„Dość!” myślę, ale jest w tym coś nieodpartego, co każe zebrać siły i nie przestawać.

Produkcja endorfin robi swoje i przez moment czuję jeszcze, że dam radę, że nie muszę jeszcze kończyć, że mogę sie tym jeszcze trochę nacieszyć… ale to tylko moment. Potem może pomóc już tylko lodowaty prysznic i butelka zimnej wody.
Jutro pewnie nie będe w stanie zrobić kroku bez przejmującego bólu.
Ale co tam… Jutro spróbuję znowu :-)
Jakby ktoś chciał do mnie dołączyć, to idę biegać na Pole Mokotowskie około 21ej. 

A teraz szczerze… – o czym pomyśleliście? :D

o miłości…

1 komentarz

Z moją Drogą Przyjaciółką L. jadłyśmy obiad. Po obiedzie, na który składała się sałatka wielo, wielo, bardzo wielowarzywna, siedzimy, próbujemy dojść do siebie, zwalczyć ogarniającą nas senność i leniwość.
W celu zapewnienia sobie jakiejś rozrywki zaczynamy rozwiązywać krzyżówkę w gazecie.
Hasło brzmi: „Atrybut miłości”. Patrzymy na siebie niepewnie, jeszcze nie policzywszy ile to ma mieć literek i w ogóle, podajemy pierwsze skojarzenia:
-I: …seks…?
-L: ból…?

… chyba nie za dobrze z nami…


  • RSS